poniedziałek, 20 lipca 2026

Święty Józef w sztuce na przełomie wieków. Kto zbudował cudowne schody?

W zgiełku współczesnego świata milczenie jest niedocenianą wartością. A nieformalnym patronem ciszy jest św. Józef. Jest on w dziejach ludzkości niezwykłą postacią. Bo jeśli uzmysłowimy sobie, że ten ubogi Żyd z Nazaretu żyjący w I wieku stał się jedną z najbardziej znanych postaci w historii świata, nie wypowiadając na kartach Biblii ani jednego słowa! Zadziwiająca kariera antycelebryty… W Nowym Testamencie św. Józef pojawia się wyjątkowo rzadko, będąc niemal niewidzialnym tłem dla kluczowych wydarzeń. Ewangelie wspominają o nim jako o prawnym ojcu Jezusa i mężu Maryi głównie w momentach przełomowych, takich jak nocne Zwiastowanie we śnie, fizycznie wycieńczająca ucieczka do Egiptu czy pełne niepokoju poszukiwania a potem odnalezienie dwunastoletniego Syna w Świątyni Jerozolimskiej. Kilka lat po tym wydarzeniu Józef najprawdopodobniej zmarł w Nazarecie. I ten cichy, skromny styl życia mocno wpłynął na to, jak przez kolejne stulecia wyobrażali go sobie artyści, a także jakich materialnych śladów jego egzystencji szukają dzisiejsi badacze przeszłości.


Wizerunek świętego w sztuce przechodził fascynującą ewolucję, odzwierciedlającą ówczesne spory i dylematy teologiczne. Najstarsze zachowane przedstawienie z rzymskiej Bazyliki Santa Maria Maggiore ukazuje go jeszcze jako młodego, brodatego mężczyznę w dostojnej rzymskiej tunice, który rozmawia z aniołami i trzyma w ręku laskę symbolizującą władzę oraz odpowiedzialność. W średniowieczu, aby mocniej podkreślić dogmat o dziewictwie Maryi, zaczęto jednak drastycznie zmieniać jego powierzchowność. Conrad von Soest w swoim dziele z 1403 roku przedstawił Józefa jako starca o siwych włosach i długiej brodzie, który na dodatek klęczy na podłodze i gotuje dla rodziny posiłek, prawdopodobnie kaszę. Podobnie nieszablonowo podszedł do tematu Hieronim Bosch, ukazując w Pokłonie Trzech Króli świętego ukrytego w cieniu i troskliwie ogrzewającego dziecięce pieluszki przy ogniu.


Z kolei Gerard David na obrazie przedstawiającym odpoczynek podczas ucieczki do Egiptu powraca do wizerunku dojrzałego mężczyzny w sile wieku, który kijem strąca z drzewa jadalne kasztany. Taka wersja wydaje się o wiele bardziej spójna z realiami historycznymi, ponieważ wymagający zawód cieśli oraz piesza wędrówka przez pustynię w celu ochrony rodziny przed gniewem Heroda wymagały sprawności fizycznej.

Radykalna zmiana w ikonografii nastąpiła w XVII wieku wraz z nadejściem kontrreformacji, gdy artyści zaczęli pokazywać Józefa sam na sam z małym Jezusem, akcentując ich wyjątkową, pełną czułości relację. Na słynnym płótnie Guido Reniego mały Jezus bawi się brodą swojego ziemskiego opiekuna, a u Bartolomé Estebana Murillo ojciec troskliwie podtrzymuje dziecko, by nie upadło, czemu z uśmiechem przygląda się Matka Boża.


W tym samym okresie kult świętego zaczął dynamicznie rosnąć, a on sam był ogłaszany patronem całych imperiów, jak miało to miejsce w Hiszpanii za panowania Karola II czy w Austrii i Czechach pod rządami cesarza Józefa II. Europejscy misjonarze przenieśli to uwielbienie również na grunt obu Ameryk, co zaowocowało niezwykłymi synkretycznymi dziełami. Artyści ze słynnej szkoły w Cuzco w Peru połączyli tradycję chrześcijańską z elementami kultury inkaskiej, malując Józefa i Jezusa idących za rękę na spacerze. Obaj zostali odziani w jaskrawe szaty pokryte złotymi płatkami z tkaniny zastrzeżonej wyłącznie dla władców Inków, mały Jezus nosi czerwone sandałki tamtejszej arystokracji, a w rączce trzyma koszyk wypełniony narzędziami stolarskimi.


W Polsce najważniejszym ośrodkiem kultu stało się sanktuarium w Kaliszu, a także krakowski kościół Mariacki, który oficjalnie oddano świętemu pod opiekę w 1715 roku. Józef stał się wówczas również potężnym orędownikiem i patronem dobrej śmierci, co genialnie uchwycił Giuseppe Maria Crespi, malując intymną scenę, w której umierającego Józefa w ubogim domu trzyma za rękę i błogosławi młodzieńczy Jezus, podczas gdy zapłakana Maryja czuwa u wezgłowia łóżka.


Kolejną zagadką – oprócz wyglądu - związanym z postacią tego świętego jest brak jego relikwii. Obok Maryi jest on jedynym świętym, którego fizycznych relikwii nie znajdziemy w żadnym kościele na świecie. Przez wiele stuleci nikt nie potrafił wskazać nawet lokalizacji jego grobu, choć tradycja konsekwentnie wiązała go z Nazaretem. Przełom przyniósł XXI wiek i sensacyjne odkrycie w podziemiach tamtejszego klasztoru Sióstr Nazaretanek, położonego bardzo blisko Bazyliki Zwiastowania. Przez czternaście lat kompleks ten badał brytyjski archeolog prof. Ken Dark z Uniwersytetu w Reading. Pod ruinami bizantyjskiego kościoła Wychowania oraz wcześniejszej świątyni skalnej z IV wieku odkrył on świetnie zachowane pozostałości domu mieszkalnego z I wieku. Wszystko to idealnie pokrywało się z zapiskami ówczesnych pielgrzymów, którzy opisywali, że pod kościołem znajdował się dom, warsztat ciesielski oraz pusta komora grobowa św. Józefa. Badania te wywołały ogromne poruszenie i zostały szczegółowo opisane w książce naukowej oraz wydanej w ostatnich latach publikacji popularnonaukowej pod tytułem Archaeology of Jesus' Nazareth.



Skoro jednak odnaleziony w Nazarecie starożytny grób okazał się całkowicie pusty, zrodziło się pytanie, co stało się ze szczątkami zmarłego? Wybitni teolodzy, tacy jak święty Bernardyn ze Sieny czy święty Franciszek Salezy, otwarcie wyrażali głębokie przekonanie, że Józef został przez swojego przybranego syna wskrzeszony i wzięty z ciałem do nieba niedługo po swojej śmierci. Duchowym dopełnieniem tej tajemniczej aury wokół ziemskiego ojca Chrystusa stało się niewytłumaczalne zdarzenie z XIX wieku, które miało miejsce w Santa Fé w Stanach Zjednoczonych. Siostry Loretanki wybudowały tam piękną kaplicę, lecz ich budowniczy zmarł nagle przed zakończeniem prac, nie pozostawiając żadnych schodów prowadzących na wysoki chór. Zakonnice nie miały funduszy na dokończenie inwestycji, więc rozpoczęły żarliwą nowennę do świętego Józefa, a ostatniego dnia modlitw do drzwi klasztoru zapukał nieznajomy mężczyzna oferujący pomoc w ciesielce. Tajemniczy rzemieślnik własnoręcznie wzniósł w kaplicy spektakularne, spiralne schody składające się z dokładnie trzydziestu trzech stopni, które do dzisiaj wprawiają w osłupienie inżynierów. Konstrukcja ta stoi wbrew znanym prawom fizyki, nie posiadając żadnego centralnego filaru ani innego stałego oparcia o ścianę, a do jej stworzenia nie użyto ani jednego gwoździa czy grama kleju. 
 


Co więcej, specjalistyczne badania wykazały, że drewno wykorzystane do budowy tych schodów pochodzi z gatunku drzewa całkowicie nieobecnego w stanie Nowy Meksyk i okolicach Santa Fé. Gdy tylko praca dobiegła końca, nieznajomy cieśla zniknął bez śladu, nie żądając od sióstr żadnej zapłaty. Do dzisiejszego dnia zarówno cudowne schody z Nowego Meksyku, jak i najnowsze odkrycia archeologów w Nazarecie skutecznie podsycają niezwykłą atmosferę tajemnicy wokół człowieka, który w całych dziejach zbawienia zapisał się wyłącznie swoim wymownym milczeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz