piątek, 12 czerwca 2026

Ojciec Leopold Mandić - więzień konfesjonału - od pokory do świętości

Redakcja naszego bloga weszła w posiadanie drugich relikwii Świętego Leopolda Mandica, i mówiąc szczerze, posiadaliśmy niewiele informacji na temat tego świętego zakonnika. Internet też nie podaje zbyt wielu faktów, zatem postanowiliśmy sięgnąć po książkę ojca Marka Miszczyńskiego OFM Cap pt. Święty Leopold Mandic, biografia, dokumenty, myśli, wydaną przez wydawnictwo Serafin w roku 2016. Prezentowana książka jest na tyle ciekawa, że zawiera w sobie nie tylko życiorys Świętego, ale także serię homilii na Jego temat (m.in. Jana Pawła II). To nie wszystko, bowiem zawiera też przedruk z włoskiego dzieła Cesare Cattarossi OFMCap, Myśli Świętego Leopolda. Bóg jest Lekarzem i Lekarstwem. Myśli na Każdy Dzień. Myśl na dziś (13.06) brzmi: Proś ciągle z wiarą świętego Antoniego. Wielki Święty zna cię dobrze i otrzymasz to, czego pragniesz. Bądź wytrwały i niech ci nie zabraknie ufności. Będę się starał pamiętać o tobie podczas mszy świętej. 

Jest to zatem bardzo wartościowa książka, bowiem pozwala nam na bliższe zapoznanie się z sylwetką Świętego, również poprzez codzienną kontemplację Jego myśli.


Święty Leopold urodził się 12.05.1866 roku (stąd data urodzenia jest obchodzona jako Jego święto) w Czarnogórze w małej miejscowości Castelnuovo, nad Morzem Adriatyckim. Leopold to jego imię zakonne, na prawdę miał na imię Bogdan. Ojciec zajmował się handlem morskim, mama pracowała w domu. Było co robić, bowiem w sumie mieli 12 dzieci. Mimo dobrej sytuacji materialnej, po narodzinach ostatniego dziecka - Bogdana właśnie, popadli w nędzę. Rodzice Leopolda, ale też i jego dziadkowie,  byli niezwykle pobożni, a za swoje święto rodzinne obrali święto Mikołaja, 6.12. Tego dnia też św. Leopold odnowił swoje śluby zakonne.         

Od dziecka był bardzo pobożny, spędzał wiele czasu na modlitwie, od której trzeba było odrywać go nawet na posiłki. Lubił samotne kontemplacje, koleżanki i koledzy wspominali go jako osobę wręcz świętą. W roku 1882 zdecydował się wstąpić do zakonu. Jego proboszcz wydał nie tylko jemu, ale i całej rodzinie, bardzo pozytywne zaświadczenie, w którym określił Bogdana jako przykład dla innych. Opinia potwierdzona została też przez biskupa kiedy dwa lata później św. Leopold miał wstąpić do nowicjatu. Został więc Kapucynem w prowincji weneckiej. Najpierw w niższym seminarium w Udinie (1882-1884), później rok w nowicjacie (1884-1885) w Bassano del Grappa, gdzie przyjął imię Leopold z Castelnuovo. Śluby zakonne złożył 3.05.1885 roku i został przeniesiony do Padwy żeby odbyć (jak każdy w tej prowincji) trzyletnie studia filozoficzne, a  po ich ukończeniu studia teologiczne. Te przerwał po dwóch latach i przyjął święcenia kapłańskie. Kontynuował studia już jako kapłan. Prawdopodobnie z przyczyn zdrowotnych studia się przeciągnęły, ale skończył je w 1894 roku. W tamtych czasów zakon przeżywał okres silnej odnowy, któremu towarzyszyły intensywne modlitwy, w tym nocne. Jeden z towarzyszy św. Leopolda tak go wspomina z tamtych czasów: Zachowuję jeszcze w pamięci jego żywy obraz, jakbym go ciągle widział. Delikatność w wyglądzie, chociaż jego fizjonomia nie była doskonała; pokora w zachowaniu, pogoda ducha w kontaktach z braćmi oraz skupienie w kaplicy i w czasie studium, sumienność w wypełnianiu codziennych obowiązków, jak ktoś, kto żyje w ciągłej obecności Boga. Takie były jego zalety, które podziwialiśmy wszyscy, a także nasi przełożeni i wychowawcy, którzy wskazywali nam go jako wzór. 

Zaczytywał się w tamtych czasach w dziełach św. Tomasza z Akwinu i św. Augustyna. Już wcześniej odkrył w sobie powołanie ekumeniczne, chciał przede wszystkim nawrócenie prawosławnych, których nazywał heretykami i schizmatykami. W 1937 roku napisał: W tym roku przypada 50. rocznica, kiedy to po raz pierwszy usłyszałem głos Boży wzywający mnie do modlitwy o powrót braci prawosławnych do jedności katolickiej.

I chociaż św. Leopold cały czas odczuwał mocno to powołanie, nie było mu dane jego zrealizowanie. Miał co prawda kilka okazji wyjazdów na misję, ale nie realizował się podczas nich. Finalnie stał się spowiednikiem, a tamto niepowodzenie tłumaczył sobie jako wolę Bożą. Odnowił śluby 6.12.1906 roku i poświęca się w ofierze za swoich braci. Wszystko miało miejsce w klasztorze św. Krzyża w Padwie, gdzie pozostał już do końca swojego życia. Stał się kultowym spowiednikiem, a ludzie, gdy został na chwilę przeniesiony, zaczęli pisać listy z prośbą o jego powrót. Finalnie, po apelach najznakomitszych mieszkańców Padwy powrócił do konfesjonału w tym mieście. 

Mimo, że miał bardzo interesujący sposób sprawowania Sakramentu Pojednania to niestety, nie sprawdzał się w innych zadaniach. Dla studentów był zbyt miękki, pisanie artykułów do prasy nie stało się jego hobby, dodatkowo był niskiego wzrostu (zaledwie 135 cm) i miał wadę wymowy. Z czasem pojawiły się choroby (bóle stawów, zaczerwienienie oczu i inne). Sprawiało to, że stawał się obiektem drwin, zwłaszcza dzieci. Sam mawiał o sobie: Jestem naprawdę człowiekiem do niczego, jestem nawet śmieszny

To wszystko jednak go nie zniechęcało, pogłębiał wiarę i powołanie jako spowiednik. Tutaj okazał się znakomity. Spowiadał codziennie po około 9 godzin, przez aż 28 lat, co daje w sumie około 91 000 godzin! Tak wspominają go wierni: Ojciec Leopold był zawsze serdeczny, dyspozycyjny; z taką samą miłością o każdej porze, przyjmował każdą osobę. Nie pamiętam, żeby stracił kiedykolwiek cierpliwość. Był zawsze pogodny, zadowolony, cierpliwy. Prosił, żeby bracia wołali go do konfesjonału zawsze, gdy pojawi się petent, nawet podczas odpoczynku, czy w godzinach wieczornych, a nawet nocnych. Nigdy nie wykazywał zniechęcenia. Wspomina się też, że poza dyspozycyjnością, był bardzo dobrym człowiekiem, mówiono, że aż za bardzo. Nawet niektórzy uważali go za zbyt łagodnego, za laksystę tj. osobę, która przy rozstrzyganiu wątpliwości moralnych skłania się ku rozwiązaniom najbardziej pobłażliwym i najmniej restrykcyjnym. W trakcie procesu beatyfikacyjnego jednak, te zarzuty zostały oddalone. Sam święty twierdził, że to Chrystus dał przykład jakim należy być, i to Chrystus umarł za zbawienie naszych dusz, co jest o wiele większym poświęceniem, niż siedzenie w konfesjonale. Zatem jego pobłażliwość wynikała z wzorowania się na Panu Jezusie. W jednej z myśli zawartej w książce o sakramencie mówi tak: Kiedy spowiadam czy doradzam, czuję cały ciężar mojej posługi i nie mogę zdradzić mojego sumienia. Jako kapłan, sługa Boga, gdy mam stułę na ramionach, nie boję się nikogo. Prawda - pierwsza i ponad wszystko.    

Potrafił też, swoimi metodami wzbudzać u penitentów żal za grzechy. Przyznał się, że kiedyś, w młodości, raz odmówił rozgrzeszenia, co uważał za błąd. Pokora wobec żalu za grzechy doprowadzała do wielu ciekawych sytuacji, pewnego razu spowiadając, petent zajął jego miejsce w pomieszczeniu gdzie odbywały się spowiedzi. Święty bez słowa przed nim uklęknął i... przyjął spowiedź w odwrotnej pozycji... 

Trzecią, obok dyspozycyjności i dobroci cechą świętego była ogromna wiara. Ludzie wychodzili z konfesjonału oszołomieni i od nowa zakochani w Bogu. Jeden z nich wspomina: Mogę stwierdzić, że specyfiką św. Leopolda była umiejętność wprowadzania penitentów w klimat nadprzyrodzoności; wzbudzał w nich pragnienie życia wiecznego. Prawie emanowała z niego fascynacja życiem wiecznym, która pobudzała i pocieszała penitentów. Udzielał prostych nauk, ale bardzo treściwych. Był niezwykle kompetentny, pogłębiał wiedzę, a w jego celi - konfesjonale stały dzieła wspomnianych powyżej wielkich teologów. 

Posługiwał w konfesjonale przez 30 lat, zmarł w 1942 roku, twierdząc do końca swoich dni, że wielką radością jest mieć zajęcie, i trzeba prosić Boga, żeby móc umrzeć z trudów apostolskich. W dzień przed śmiercią wyspowiadał 50 osób w infirmerii gdzie leżał chory. Ostatniego dnia, chciał jeszcze sprawować mszę, ale nie było mu to już dane. Przygotowywał się do niej, godzinę modlił, upadł podczas przebierania się do ceremonii. Zmarł recytując Salve Regina...

Dwa dni później został masowo pożegnany przez wiernych. Jest pochowany w Sanktuarium w Padwie.

Ktoś zapyta, a co dzieje się z wspomnianymi na początku tekstu relikwiami? 

Po oprawieniu przekazane zostały do najbliższej parafii. Niech służą także innym.

Gdy byłem ośmioletnim dzieckiem, dopuściłem się zaniedbania, które nie wydawało mi się ciężkie i tak też je dzisiaj oceniam. Moja siostra mnie skarciła, a następnie zaprowadziła mnie do księdza, aby mnie upomniał i ukarał. Wyznałem księdzu moją winę, a on skarciwszy mnie ostro, kazał mi klęczeć na środku kościoła. To zabolało mnie mocno i mówiłem sobie: " Ale dlaczego musi się traktować tak ostro dziecko z powodu małego zaniedbania? Gdy zostanę dorosły, zostanę bratem, spowiednikiem i będę rozdawał miłosierdzie i dobroć duszom grzeszników".    

O. Marek Miszczyński OFMCap pt. Święty Leopold Mandic, biografia, dokumenty, myśliSerafin, 2016.          

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz